Home arrow Listopad 2000
Menu główne
Home
Peru
Ciekawostki
PeruLinks
Kontakt
Galerie
Szukaj
Podróże
Luty 1998
Maj 2000
Listopad 2000
Zdrowie
Promyk
Serwisy
Canyon Trading Post
Wild Mitch
Dziki Mietek
Stats

Czas: 08:28
Odsłony: 8
odwiedzających: 21941
Listopad 2000

Wczoraj wieczorem po 11 godzinach jazdy dotarliśmy do Huanaco Piotr po 30 
minutach zdecydował się jechać do Limy. Ja zostałem, bo planowałem się 
rozejrzeć. Jest to miejscowość położona w dolinie miedzy górami na wysokości 4750 mpn, na górach widać śnieg a w dolinie ciepło, jak na pozna wiosnę w nocy 6-10 C w dzień 27-30, wilgotność mała, rano zamiast kawy pije się Mata Coca Tea i wtedy można chodzić i normalnie oddychać. Spałem w Hotelu Viktoria blisko centrum, 
pokój 2 osobowy, bo na dole tylko takie są. Potem spóźniłem się na autobus do Kotash i trzeba było jechać taxi a to jest 28 km, kierowca czekał na mnie 2 godziny, bo tam po tych ruinach trzeba chodzić szlakiem 3 km.
Ruiny położone jest nad rzeka Rio Higueras, dość głęboka,  można się wykąpać z
czego oczywiście skorzystałem.  Są tam plantacje z roślinami leczniczymi
w tym Maca i odmiany Aloesu, można na miejscu napić się soku wyciskanego z 
tego aloesu, jest lekko gorzkawy, ale dobrze orzeźwiający.
Turystów po za Niemcami, Japońcami, no i Iztralitami to właściwie o tej porze 
nie ma, większość z nich gania za ziołami po rynku a zwłaszcza za maka bo 
twierdza, ze tu jest ona jedna z tańszych i dość dobrej jakości.
Mi ledwo udało się kupić parę woreczków 100 gr. i to dzięki właścicielowi 
hotelu, bo sam bym nie znalazł, bo każdy a tych handlarzy ma już stałych 
odbiorców za to liście Coca to ma, co trzeci  handlarz.
Próbowałem około 20 odmian kartofli, rzeczywiście każdy ma inny smak.
Próbowałem tez najprzeróżniejsze owoce, niektóre widziałem po raz pierwszy, bo 
tylko tu w tej okolicy występują. Dalszy kierunek wycieczki był na wschód, w stronę Pucallpa.
Droga górska żwirowa z kawałkami asfaltu przez większe miejscowości.
Wykupiłem bilet na express, bo podobno wygodny i z WC oraz posiłkami
piętrowy na dole restauracja i spania 
Mam trochę dosyć podróżowania tym najtańszym. Co jechaliśmy z Yarina 
Cocha. Ale po drodze od 188 km zaczyna się salva (dżungla) wysokogórska
i tam w bok w dolinie jest pełno ośrodków głównie Japończyków i Niemców, 
ale ostatnio i Izraelskich leczniczych, pięknie położonych, ale niedostępnych 
dla zwykłych turystów, pilnuje ich policja i nikogo nie wpuszcza bez ich 
zgody. Mam parę z daleka pofilmowane.
Rozmawiałem wczoraj tu w kawiarni internetowej z takim "turystą", co 
nieoficjalnie zajmuje się pośrednictwem handlu ziemia, mówił ze to najlepszy  
w tej chwili geszeft. Gdyż wielu jest chętnych zwłaszcza z Europy. Jego kolega 
zajmuje się urządzaniem takich działek, jak budowa drogi, domów itp.
Ale są dość ładne miejsca gdzie jeszcze Oni nie dotarł, gdyż nowi kupcy 
chcą być blisko siebie tworząc takie mini kolonie i tam ziemia jest 
najdroższa, a parę km dalej czasami ładniejsza okolica.
Pisząc zaschło mi w gardle i zamówiłem sobie cos do picia.
Myślę ze wielu tych soków a zwłaszcza świeżych, na świeżo wyciskanych będzie mi 
brakować po powrocie, no i świeżych ryb z rzeki.
Serwują je tu każde barki i restauracyjki z bardzo smacznym ryżem brązowym.
Jak po drodze stanęliśmy na 230 km bo ciągnik  z drewnem się na moście wywrócił i w końcu autobus zdecydował się forsować rzekę, było średnio 150 cm wody, 
większość wysiadła i mięliśmy kąpiel za darmo.
Woda wspaniała, wokół góry i masę mini wodospadów. Coś pięknego, tam czuć ta 
energię tych ostrych gór, prawie dziewiczej puszczy no i strumieni oraz 
wodospadów. To miejsce mi i Piotrowi się bardzo podobało.
Myślę ze tam wrócimy dowiedzieć się cos więcej, bo dziś niedziela, wiec nie ma 
gdzie się dowiedzieć a pośrednika nie chciałem pytać, choć właśnie znów 
przyszedł i wypytuje jak mi się tu podoba.
Siedzi obok i rozmawia przez Internet. Krzyczy do mikrofonu aż wszyscy się 
oglądają, ale chyba o polityce, bo łapię niektóre słowa.
Teraz jego żona gada a on się przygląda, co pisze, ale nie pojmują, co jest na 
wzajem.
On jest tu od 3 lat i w Limie, ale twierdzi ze najlepsze interesy to w 
salvie a nie w mieście. Tu mieszka, dlatego ze większość jego klientów tu 
właśnie dociera, zwłaszcza w okresie świątecznym lub zimowym, czyli naszym 
letnim, teraz jest poza sezonem, dlatego ma czas szukać nowych miejsc. Jutro 
jedzie do Satipo, co mnie wcale nie cieszy, ale mu tego nie powiedziałem, co 
prawda wspominałem ze tam byłem i ze mi się podoba
zwłaszcza Porto Copa i Masamari, wiec niech szuka, choć myślę ze drogi go nie 
przeraża, bo tu podobne tyle ze tu więcej kurzu i kamieni a tam błota
i gliny. Poza tym tam niższe góry no i wilgoć większa oraz temperatura 
wyższa. Ale takich ludzi nie wiele jest w stanie zatrzymać, jeżeli czują 
pieniądze, a ze to jest teraz modne zwłaszcza na zachodzie,ucieczka, choć 
na wakacje od cywilizacji, choć nie od standardu to tacy maja kopalnie pieniędzy.
SATIPO się przed  tym nie obroni, bo ma drogę asfaltowa i 12 godzin od Limy tu 
jest trudniej, bo nie planują w najbliższych 10 latach asfaltu.
Zwłaszcza miedzy Huanaco a Pucallpa a to jest 520 km wiec na tym odcinku
będzie im dalej, od Pucallpa tym ciekawiej, bo trudniej dotrzeć.
Pozostają samochody terenowe i autobusy a tam express nie chodzi.
Lotnisk tez brak, co prawda tutaj w tym miasteczku jest małe, ale tylko 
połączenie Pucallpa.  Huanuco nie ma lotów do Limy bezpośrednio.
Nie ma tez połączenia droga wodna, co jest dobre, bo tak szybko nie wyniszcza 
dżungli.


Tyle na dziś.