| Stats |
Czas: 08:28 Odsłony: 8 odwiedzających: 21941 |
|
| Promyk
|
Promyk, Papuzka i Owoc W bogatym kraju- diagnoza, tomografia w Meksyku, bo 9 razy taniej i na poczekaniu. Wyrok: rak 3 stopnia z przerzutami z jelit na pluca i zoladek, nie poddajacy sie chemii, podloze stresowo-genetyczne aktywizowane przez zywnosc modyfikowana genetycznie. Niezwloczna decyzja. Szybki wyjazd .
W obcym kraju, w drogiej szwajcarskiej klinice ($ 60 za dzien). Juz po Ayahuasce. Letnia tropikalna burza, zastrzyki ziolowe, ból i kroplówka. Nagle wstaje (Vanessa, moj niezlomny "Demon-Stróz", wyszla wezwana do telefonu). Wloke za soba stojak z kroplówka, szary korytarz, zakret, dalej jakby okno, podchodze blizej... "nie, to krata w drzwiach bez szyby". Stoje, burza cichnie, patrze- na bananowcu, pod lisciem, siedzi mala zielona skulona kulka. Ulewa nagle ustaje, znad dzunglii przez chmury przedziera sie niecierpliwie plomyk slonca. Niespodziewanie, mala kulka- papuzka zlatuje na pobliskiego kakaowca, szuka miedzy liscmi, czerwone owoce zjada- jeden, potem drugi- patrzy na mnie skulonego za krata. Zaskrzeczala wesolo, otrzasnela resztki kropel z piór i radosnie odleciala na pobliskie drzewo. Dosiega mnie refleksja: ten promyk to nadzieja po burzy zycia, ptaszek to samo zycie i owoc... nie wiem...Glos Vanessy wyrywa mnie z zadumy. Wymówki. Marsz do lózka. Chocby na chwile. One: do lózka, a ja: ze papuzka, ze burza i owoc. I co w tym nadzwyczajnego...Nie chwytaja sensu mej opowiesci. Wolaja lekarza. On przynajmniej po angielsku gada, lapie w lot aluzje, zamysla sie. Z mego obrazu wypisuje recepte: jest taki owoc, Guanawanana sie zowie, wystepuje w twoich stronach Selva Central, ale te gorzka miksture, która Shaman ci po Ayahuasce zrobil, pic trzeba, zastrzyki ziolowe i kroplówki tez, do tego sauny ziolowe i tunele tlenowe, plus oczyszczenie jelit i zoladka niedojrzalym mango, ponad to pic plesn z bakteriami. I to wszystko z dokladnoscia szwajcarskiego zegarka. Duzo spacerów, ostra dieta (owoce rano i soki, wieczorem salatki warzywne itp). Zgadzam sie. Jeszcze formalnosci, recepty i telefon do kliniki w La Merced. Potem bilety i na drugi dzien w droge.
Po 3 tygodniach picia miksturki z 7 ziól, jak piolun gorzkiej, zastrzyków, saun co 2 wieczór pod nieublaganym nadzorem Mojej Terrorystki (bo tego nie jedz, a tego nie pij, zabiegi o okreslonych scisle godzinach) juz nic mnie nie moglo powstrzymac od wyjazdu. Byle dalej. Przed siebie. Do San Cristobal razem ze Staszkiem i jego zona Monika. Po powrocie mango i 3 dni ostrego oczyszczania. W koncu na trzeci dzien wydalilem najpierw cosik wielkosci malej czarnej pomaranczy, a potem wystekalem jakby 2 brazowe sliwki, bardzo zflaczale. Oczywiscie zabrano je do badania. Przedtem, podczas gastroskopii robionej w Iquitos byly twarde jak kamien. Teraz pokazano mi na monitorze, ze pozostaly po nich spore nadzerki i rany, lekko zasklepione cienka przezroczysta blonka, czerwone w tym miejscu. Znów 3 dni tylko soczek z Guanawanany z dodatkiem kropelek Sangro de Drago. Potem lekarz stwierdzil, ze czas wziac sie ostrzej za leczenie pluc. Podano mi dodatkowo Munie plus bakterie i plesn do picia. Wyjazd do Limy, bo tam latwiej o tomograf - swierdzono, ze 8 malych plamek wielkosci 1-1,5 cm na lewym plucu zniknelo calkowicie, a 2 duze- 3cm na prawym zmniejszyly sie o polowe . Porzadek dzialania: W Klinice Loayza w Limie; tunele tlenowe, wyjazd do Huaraz na kapiele w wodach leczniczych. Oczywiscie znów nie wytrzymalem i na wycieczki po rannych kapielach wyrywalem sie az na wys. 6200 m n.p.m. Przeziebilem sie, bo snieg i zadymka. Ale pierwszy mocny zastrzyk i sauna, plus 9 godz. lezenia (co za tortura!). Potem wrócilem do Limy, bo trzeba bylo przelozyc odlot o 10 dni, aby miec czas by zaleczyc rany w jelicie i zoladku. No i dalsza kuracja na pluca, znów bieganina po klinikach, tunele, sauny, kroplówki, zastrzyki, ziola, mikstury. Mozna zwariowac! a do tego dieta! co prawda pozwolono juz jesc ryby pieczone lub gotowane i rosól z chudej kury domowej. Ostatnia tomografia, badanie krwi i prawie wszystko zniknelo!!! Oprócz 1 malego guzka wielkosci 1.2 cm pozostala plesn i nakazano jeszcze 3 dodatkowe tygodnie kuracji. Ale moja glupia upartosc i wiercipiectwo kazaly mi wrócic.
Po powrocie do Arizony, po wyladowaniu, poszedlem z kolega do sklepu i... od razu mi sie w glowie zakrecilo od "zapachów"... o malo co nie zemdlalem. Musialem zwiewac do auta po wode. Oczywiscie po przyjezdzie problemy, stresy trudne do odreagowania, cisnienie skacze jak oblakane 215/120, puls 98. Tabletki nie pomagaja. Lokalny zaprzyjazniony Medicine Man rozpala wegle, w nich pokazuje problem, daje ziólka. Pomaga. Lecz bledne czarcie kolo nakreca wyjazd do Chicago- obzarstwo wspierane goscinnoscia (wszak afrontu przyjaciolom, ktorzy witaja czynic nie wypada). Seria spotkan z uzdrowicielami: Pania Halina Czajka i Egeniuszem Hefterem. Ponadtto wywiady z Krzyskiem Dzikowskim, dla radia u Pani Basi Horoszy i Pani Miry Brausztain oraz Pana Cezarego Orlowskiego. Spotkanie na godzinnym show w polonijnym TV kanal 34 z Panem Dola i Kasia Grochola, podczas którego, w tle lecial mój amatorski film o Salva Central. Potem jeszcze wywiad o Peru. Pan Dola decyduje sie na wyjazd w najblizszej przyszlosci, aby zrobic na miejscu profesjonalny film. Po powrocie Wigilia w Klubie Wagabundy Andrzeja Sochadzkiego.
Po tym zwariowanym tempie zdarzen i wyjazdów mam problemy ze spaniem, zasypiam dopiero nad ranem. W duchu podejmuje decyzje, ze za 2-3 tygodnie pojade dokonczyc kuracje w Peru.
Od czasu powrotu, jak tylko moge, staram sie codziennie obcowac z przyroda: spacery po lesie, wschody slonca- ladowanie energia, zachody- oczyszczanie z calodziennych zlych energii. Ale nic nie zastapi energii tamtejszej czystej przyrody: prawie dziewiczych rzek i wodospadów, gór, jeziorek, dzikiej dzunglii. No i wspanialych ludzi umiejacych sie cieszyc zyciem, czerpac radosc z kazdego dnia, i doceniac to, co maja nie pragnac wiecej. Tam jest latwiej odróznic prawdziwy glód od apetytu, potrzebe od zachcianki. Filozofia tych ludzi jest prosta, np: powiadaja, ze: "tylko matka natura wraz ze zwierzetami nie ma w sobie ani zazdrosci czy zawisci, nigdy nie klamie i jest wolna od naszych ludzkich przywar; ze kazda pogoda jest dobra i potrzebna; ze jezeli sie dobrze odzywiamy swiezymi dojrzalymi owocami, pijemy mleko prosto od krowy, lamy czy kozy, jemy swieze ryby to organizm szybko sie wzmacnia wraz z systemem obronnym; ze jesc nalezy bez pospiechu i z przyjemnoscia i nie gadac przy tym; jedzeniem powinnismy tylko uzupelniac utracona energie, a najwiecej jej tracimy denerwujac sie, niepotrzebnie spieszac i stresujac". Wedlug nich powinnismy na poczatku starac sie zjadac od 0.3 -0.5 kg warzywnych salatek, sporo owoców i pic duzo swiezych soków, zwlaszcza po oczyszczaniu organizmu. Witaminy i mineraly powinnismy przyjmowac w naturalnej postaci (owoce ,warzywa, ryby itp). Mowia takze, ze trudno pomóc komus na sile i nie nalezy tego czynic. Powinno sie za to miec osobe bliska, jakby powiernika, przed która mozna sie wygadac, a czasem wyplakac, bo powiadaja, ze z kazdej sytuacji sa przynajmniej dwa wyjscia, a jak sie dobrze rozejrzec to i wiecej sie znajdzie.
Kazdy ma swoje problemy do rozwiazania, a stres jest nieodlacznym naszym albo przyjacielem, kiedy nas stymuluje do dzialania albo wrogiem, kiedy nie umiemy sobie z nim poradzic; wtedy sie kumuluje, wpedza nas w depresje, nerwice i stad bierze sie wiele chorób. Nie powinno sie z nim walczyc, ale starac sie go jakby udobruchac.
Denerwowac sie mozna i stresowac z róznych, czasem blahych, powodów, wiec powiadaja: "wyjdz z siebie i stan obok", czyli spojrzyj na to z dystansu i bez emocji, czasem wez gleboki oddech, policz do 5-ciu i juz to inaczej wyglada. My, zwlaszcza Polacy i Slowianie, nie umiemy sie cieszyc z malych drobnostek, osiagniec, ale za to lubimy bardzo narzekac i biadolic. Zyjac tu, na emigracji, bombardowani codziennie agresywna reklama nie mamy czasu na refleksje: "co tak nam naprawde do szczescia jest potrzebne", kupujemy i zamiast cieszyc sie nowym nabytkiem, to w zwiazku z tym, ze posiadamy i gromadzimy w nadmiarze róznych gadzetów, ta radosc nam umyka w gonitwie po nowe zdobycze. Tym sposobem z wlascicieli przedmiotów stajemy sie ich slugami, a czasem niewolnikami. Indianie, i nie tylko oni, mówia, ze kto duzo lapie, ten nie trzyma wystarczajaco mocno i czesto mu to sie wyrywa. "Nie badz zachlanny i pazerny" dotyczy to wszystkiego.
Jak poznac ze "cosik" jest z nami nie tak, ze mamy problemy z nerwowoscia czy nieodreagowanym i kumulujacym sie stresem? Najczestsze tego objawy to: zaburzenia snu, oslabienie i poczucie rozbicia, bóle glowy, a czasem zoladka, miesni kregoslupa, a zwlaszcza szyjnej czesci. Jestesmy przygnebieni jakby cos nas dreczylo, znika dobry humor, zaczynamy byc nieznosni, sarkastyczni, duzo narzekamy, wpadamy w krytykanctwo, zaczynamy sie w nocy zimno pocic, mamy problemy z oddychaniem, cisnienie zaczyna skakac, napadaja nas bezsensowne ataki zlosci, hustawka nastrojów. Jestesmy czesto sfrustrowani, a to juz krok tylko od nerwicy czy depresji. A wystarczy troche spacerów, jakis krótki urlop poza domem, zwolnienie tempa, uczciwa analiza potrzeb, poprawa relacji z najblizszymi i otoczeniem. Trzeba nauczyc sie wybaczac i odpuszczac.
Przypomnialo mi sie, jak Huan, podczas mojej choroby, odkryl i pokazal mi prawdziwa przyczyne mojego stanu zdrowotnego w czasie ceremonii Ayahuasca; zobaczylem wtedy, ze mam problemy z wybaczaniem; powiedzial "wyobraz sobie, ze ten ktos, kto cie skrzywdzil teraz lezy i wije sie z bólu, popatrz na niego jaki jest teraz biedny, a zaraz Ci sie zrobi lzej i na pewno mu wybaczysz". To jest jedna z metod, ale wtedy trzeba to zrobic szybko, bo mozemy rzeczywiscie na tego kogos sciagnac chorobe i potem to bedzie jak pilka miedzy nami krazylo; trzeba takie sprawy ucinac szybko i stanowczo.
Nie kryjmy do kogos zbyt dlugo urazy czy niecheci, starajmy sie jak najszybciej wyjasniac problemy, najlepiej na biezaco, bo po miesiacach czy latach zapomnimy o co wlasciwie poszlo lub problem urosnie do sporych rozmiarów i bedzie nas jak robak toczyl od srodka. A jezeli zamkniesz sie w sobie, to nie tylko twoja sprawa, bo nalezy odróznic potrzebe odosobnienia, by uslyszec glos wewnetrzny, od izolowania sie od bliskich. Oni próbuja dojsc przyczyny, a my czujemy sie wyobcowani i niedowartosciowani. Dlatego, jak juz wspominalem, trzeba o tym rozmawiac, ale z kims do kogo mamy pelne zaufanie, z wiara, ze nam pomoze, a przynajmniej pocieszy, nie wysmieje. Bo lek przed strachem i fobiami jest najgorszym rozwiazaniem. Czasami przesadzamy z naszymi problemami, we dwoje latwiej znalesc dobre wyjscie lub sposób rozwiazania. A juz samo wypowiedzenie problemu daje nam ulge, stad jak nie mamy nikogo zaufanego to udajmy sie do fachowca: psychoanalityka czy psychiatry, gdy sprawy juz zaszly tak daleko, ze stalo sie to chorobliwe; a jesli jestesmy wierzacymi to do ksiedza, na spowiedz i szczera rozmowe. W zwierzaniu sie zalecam ostroznosc, bo jest wielu co zamiast pomóc rozwiazac problem, moze jeszcze bardziej zaszkodzic. Albowiem Indianie mawiaja, ze wiedza tym sie rózni od nauki, ze pochodzi z wewnatrz i nie mozna jej przekazac, a jedynie pomóc ja wydobyc i tu trzeba uwazac, aby sie nie nadac jak balon, nie korzystajac z niej dla dobra innych i aby nie zglupiec i nie zwariowac w madrosci swojej.
Dziki Mietek z Arizony 1-01-2006
|
| |